Moje książki
Koncertina
Podczas kryzysu migracyjnego na polsko-białoruskiej granicy poznałem syryjską artystkę Sarwat Matuk, z którą wspólnie stworzyłem książkę „Koncertina” (Cyranka, 2023). Sarwat zilustrowała moją prozę oraz swoje wiersze. To osobista opowieść dzieciństwie, życiu uchodźczym i ksenofobii.
Koncertina - przeczytaj fragment
Za Szafszwanem autobus rzęzi ostatkiem sił na stromych zboczach Rifu, porośniętych kolczastą gęstwą. Siadam na samym tyle. Przy wybitej szybie siedzi facet i pali skręta z kifu, czyli lokalnej odmiany marihuany. Właśnie przejeżdżamy przez rejon jej nielegalnych upraw. Autorzy przewodnika ostrzegali, że to bardzo niebezpieczna okolica. Pół autobusu pali szlugi. Nagle, w górskiej pustce, kierowca się zatrzymuje. Wychylam się i widzę, że do środka pakuje się cała rodzina. Jak okiem sięgnąć nie widać budynku. Starszy mężczyzna ma ciemnofioletową twarz, jak to górale bliżej zwrotnika. Zajmuje wolne miejsce obok mnie (dzięki, dzienniczku), a jego żona i liczne dzieci walczą o wolną przestrzeń na przedzie.
Z tekstu sprzed dwudziestu lat, który czytam teraz po raz pierwszy z wypiekami, co rusz wybijają twarze wyparte z pamięci użytkowej. Jego lektura, przez ciągłość narracji, daje iluzję ponownego przeżywania tych samych chwil. Wywołuje to niepokój, bo uświadamia, że pamięć nie usuwa trwale obrazów, ale jedynie je zataja. Być może przechowuje zapis całego życia, a jego odtworzenie wymaga tylko właściwego odczynnika, jak ten zabazgrany marokański zeszyt w kratkę. Autor, a po latach czytelnik śledzi swoje historie z dystansu czasu i przestrzeni, jakby dotyczyły osoby trzeciej, przez co solidarność z bohaterem wymaga pewnego wysiłku, bo ich tożsamość jest już tylko formalna – co w końcu prowadzi jakby do rozdwojenia jaźni, duplikacji doznań, lęku przed tym, co zaraz się wydarzy, a przecież już się wydarzyło (matka Dimy powtarzała, że warto się modlić za minione, że i tam można jeszcze coś zdziałać).
Wygląda na to, że nowi pasażerowie są Berberami z górskiej wsi. Cholera wie, jak długo szli do szosy. Kiedy autokar znów rusza, do mężczyzny obok mnie żwawo podchodzi bileter. Nie potrafię wskazać chwili, kiedy ich rozmowa zamienia się w kłótnię, która zaognia się jak podrażniona rana. Przyglądam się z rozdziawionymi ustami, jak ich ciała prędko poddają się nerwowej konwulsji. Draka niby już osiąga apogeum, ale bohaterowie znów poszerzają skalę dźwięków i gestykulacji. Zdaje mi się, że na tym etapie już nie obejdzie się bez noży. Bileter nagle, jakby nigdy nic, odpuszcza. Po chwili jednak wraca. Wszystko zaczyna się od nowa, jeszcze intensywniej, raz po raz, w cyklach wrzasku i ciszy. To kończy się, kiedy wóz stacza się na południową stronę Rifu i kierowca zarządza postój. Uchyla drzwi. Żar wdziera się do środka jak nadprogramowy pasażer. Powietrze ma smak i barwę żelaza. Patrzę przez okno i czekam, aż ludzie na przedzie wyjdą przed nami.
Śledzę trasę, która doprowadziła do strachu. Oto moją uwagę przykuwa już twarz za oknem. Twarz niewiele młodszego ode mnie chłopca. Mrok tej wycienionej postaci jakby odrzuca światło, którego plastry nawarstwiają się przed nim jak kładzione tłustą farbą. Chłopak stoi przy uwieszonej na hakach cielęcinie, która chwieje się na wietrze. Do mięsa lepi się rój much. Chłopiec nie odwraca ode mnie wzroku, obracając w dłoni zakrwawiony nóż długi jak kindżał. Rysy jego twarzy są dla mnie nowe i nieobliczalne. Przypomina mi Wiktora, barczystego złodzieja, którego jako dzieci baliśmy się we wsi. Był jedyną znaną mi osobą, która siedziała w kryminale. Gęba Marokańczyka jest jeszcze bardziej surowa i kanciasta. Nie ma paru zębów. Jasnoczerwone dziąsła tworzą najjaśniejszą plamę jego ciała.
– Kurwa, zabiją nas tu – stwierdza Roki. Moja pamięć wyparła większość zdarzeń i ludzi, które ocalił dziennik, ale nie lęk na widok tej twarzy. Dobrze. A przecież telewizja, którą ogląda Dima, ani razu nie pokazała twarzy uchodźcy.
a
W debiutanckim tomie wierszy pt. „a” wydanym w 2023 r. (wydawnictwo Biblioteki Śląskiej) wróciłem do swoich poetyckich korzeni. Zaczynałem od wierszy.
a - przeczytaj fragment
VII
Czwarta nad ranem.
Myśli śpią jak pijane chłopy
i świat stoi.
Czuję, że mogę wzruszyć go
jednym ruchem palca stopy.
Za gipskartonem śpi spocone niemowlę.
Za osiemdziesiąt miliardów lat
wszystko zniknie.
Przy śniadaniu ustalimy,
jak się odnaleźć.
XVI (Balkony)
Są takie wieczory w środku lat
jak na dnie szklanki, kiedy
widnokrąg jest czerwony, ale
niebo granatowe jak Śniardwy.
Jedenaście pięter niżej
ludzie zwarci jak naboje
opierając się czasowi, przeczą sobie,
ale wskroś niej, w ten wieczór
na balkonie, czas przenika
jak przez tkaninę i rozwleka jej pamięć
po czerni ulic.
I to się traci.
Miasto szumi i roi się od pierwszych
świateł i drugich połów.
Dom ojców
„Dom ojców” (Czarne, 2022) to autobiograficzna opowieść o uprawie ziemi, prehistorii oraz świecie skał. Książka otrzymała nagrodę Krakowska Książka Miesiąca. Była również nominowana do Nagrody Literackiej Nike i Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus.
Dom ojców - przeczytaj fragment
Około piątego dnia zaczęliśmy codziennie pokonywać baï – łąki w środku lasu, w obniżeniach terenu. Tonęliśmy po pas w brei, pękały nam spodnie w kroku. Rzucaliśmy przed siebie ścięte gałęzie i próbowaliśmy utrzymać się na powierzchni. Pigmeje palili dużo papierosów, szczególnie wieczorem, przy ogniu, a ja już wiedziałem, że nie ma szans na realizację ścisłego planu, bo dzień wczorajszy był kopią jutrzejszego, a dzisiejszy wczorajszego. Staliśmy się częścią rozbitej w diabły mozaiki czasu, której nie szło poskładać. Próbowaliśmy uporządkować sprawy wieczorami. Policzyć minione dni i noce. Ale cóż były warte cyfry wobec radości z bycia przy ogniu? Ze zrzucenia nasiąkłych potem i wilgocią ubrań, które ważyły tyle, ile baranie skóry, i cuchnęły chyba bardziej od nich, strasznie kwaśno.
Pigmeje chodzili na lekko, czasem półnadzy. My jeszcze w długich rękawach, baliśmy się komarów przenoszących malarię, robaków i węży w gęstwinie. Syczących i – bez żartów – śmiercionośnych. Wilgoć rozmiękczała skórę. Co wspominać przy ognisku w najstarszym lesie świata? Chyba tylko ostatnie godziny, bo o poprzednim dniu nie ma się już nic do powiedzenia. Nasza pamięć pracowała inaczej. Wspominaliśmy więc żmiję gabońską, która parę godzin wcześniej pojawiła się na ścieżce. Nestor pacnął ją maczetą w szyję, głowa odpadła. Alex ją wypatroszył, siąkając nosem, wywlekł z niej nieprzetrawione myszy i wrzucił do garnka.
Nasze ciała są sztywne jak kołki. Są jakby z innej substancji. Ewoluujemy z dnia na dzień, tylko jakby wstecz. Jesteśmy szczęśliwi, bo jest noc, a my mamy gdzie spać. Jesteśmy szczęśliwi, bo mamy co pić. Jesteśmy radośni, bo jest jedzenie. Docieramy w końcu w tereny nieznane Pigmejom, tam znajdujemy strumień czystej wody. Nie jesteśmy sami. Wokół pełno zwierząt, wolnych i dzikich, większych od nas. Współdzielimy z nimi przestrzeń. Przez to czasem wydają nam się już jak ludzie. Nikt im nie rozkazuje. Słonie, bawoły afrykańskie, pantery i pytony. Szympansy zabił wirus ebola. Nic tych zwierząt od nas nie odgradza. Noszą obcą świadomość. Ta wiedza zmienia w nas wszystko. Coraz uważniej się rozglądamy i wciągamy nozdrzami zapachy. Czy Pigmeje tym swoim szóstym zmysłem potrafią wyczuć woń strachu, radości, bólu? Bo widzą i czują znacznie więcej niż my. To też już wiemy. Teraźniejszość rozrosła się jak ten las, bo od siódmej wieczór do jedenastej przed północą jest dziesięć razy więcej rzeczy do zrobienia niż w domu. Trzeba wykarczować las maczetami, żeby rozbić obóz na noc. To ważne dobrze się wyspać. Co wieczór rozbijamy namioty i rozwieszamy hamaki. Płuczemy niedopłukane kubki. Skrobiemy z nich nożem zaschłe jedzenie. Nosimy w bukłakach wodę. Suszymy ubrania przy ogniu, ubranie wpada do ognia, ratujemy ubranie. Gotujemy i solimy ryż. Jemy łapczywie i pijemy wodę, a nasze sztywne ciała stają się ciężkie i jednorodne, jakby organy straciły odrębność. Umysł zdaje się snuć po ramionach, brzuchu, kroczu i udach. Myślimy całym ciałem. Nocą precyzyjniej. Za dnia też wycinamy las maczetą. Osiem godzin. Pokonujemy trzy kilometry do wieczora. Ciała w sekwencjach identycznych ruchów wydają się zostawiać w powietrzu ślady jak hologramy. Ich cząstki fruwają i lepią się do siebie. Augustin wywija piątą godzinę maczetą i w końcu na nią upada – leje się jasna krew, wsiąka w liście. Przywraca ostrość widzenia, bo wszystko jest zielone lub czarne. Sny schodzą się z rzeczywistością, nigdy tak intensywne jak po dwóch tygodniach marszu w puszczy. Opowiadamy je sobie o świcie jak prawdziwe wydarzenia – są jak tłuste obrazy na płótnie.
Złota mgła paruje, a my idziemy dalej, na południe, wzdłuż pierwszych ścieżek mukongo – tak mówią na nie Pigmeje. „Ścieżki słoni”. Arterie. Cały ich system. Kraj słoni. Żyje ich tam kilkadziesiąt tysięcy, są wolne, bo ludzie znajdują się wiele dni i nocy dalej. Dlatego trzeba pamiętać: nie rozbijać obozu na noc przy mukongo.
Bez
Powieść „Bez” (wydawnictwo Literackie, 2020) opowiada o niepłodności. Książka została wyróżniona Nagrodą Fundacji „Identitas”, a także zyskała nominację do Nagrody Literackiej Gdynia. Jest próbą opisu doświadczenia pustki i samotności, ale też cudu życia.
Bez - przeczytaj fragment
Władek nie mógłby się tym zajmować. Radioodbiorniki można skłonić do czułości wyłącznie czułością. Stare części trzeszczą w dłoniach i zamieniają się w proch. Należy natychmiast pogodzić się ze stratą i działać. Obcy zaczęli przyjeżdżać do niej z pięć lat temu, gdy ktoś rozniósł w sieci informację, że pewna babka czyni cuda. „Babka?! Kobieta?” – dopytywali forumowicze. Joasia, odnawiając odbiorniki, chciała nie tylko sprawić, by działały – doprowadzała je do stanu fabrycznego. Gdy brakowało części, dorabiała je. Kręciła cewki, dosztukowywała okucia, zdobywała kable z oryginalnego materiału, odkryła sposób na nałożenie napędu skalowego do legendarnego telefunkena D860WK sprzed wojny, wytrawiała skalę w szkle, uczyła się lakierować obudowę dawnymi technikami, co zajęło jej lata.
Teraz, gdy zabiera się do lorenza z odłupanym fragmentem obudowy, włącza sabę ojca. Ludzie zapomnieli, że jakość dźwięku bada się po cichu. Pasjonaci radiotechniki wiedzą, że nie istnieje nośnik czulszy niż eter – czysta rzeczywistość, w której zaszyfrowane słowa rozchodzą się z prędkością światła. Joanna otwiera skrzynię, dmucha w okurzone lampy Philipsa i po raz kolejny, jak w dzieciństwie, próbuje docenić pasję, z jaką przestrzeń pragnie ocalić nasze słowa. Jedność, jaką tworzy. Liczba języków, którymi włada. Powiedz „bez”. Przestrzeń nie śpi. Nawet wiatr to szanuje. Zgłoski już zapisują się w fali akustycznej i poruszają membranę mikrofonu. Tam, w niezwykle złożonym widmie, zapisane jest wszystko – nasz ton, tembr, nastrój, nasza barwa. Cewka, kondensator, a kiedyś wzburzony falą dźwięku proszek węglowy zmieniają opór elektryczny, a więc natężenie prądu – i tak dźwięki zostają wiernie przepisane na język elektryczności, którego wzmocnione drgania trafiają do anteny nadawczej, formując ukształtowaną zgodnie z danymi falę elektromagnetyczną.
To nie ginie. Ryki Hitlera można by odebrać superczułymi urządzeniami już gdzieś w okolicach Andromedy. Informacja płynie przez nieskończoność i będzie wędrować do końca świata, a gdy rozszczepi się do reszty materia, być może znów scali się w słowo, które da początek nowemu światu. Joanna odkręca śrubki obudowy i odkłada ją na bok. Przez chwilę ocenia stan maszyny i już wie, od czego zacząć. Schemat jest jasny. Kondensator sprawny. Nie świeci jedna lampa, N14N, sowiecka. Joanna wymienia ją na oryginalną, by wykluczyć usterkę pozostałych. Teraz test transformatora głośnika. Jeśli wykona go zgodnie ze sztuką, wszystko zadziała. Od dawna sądzi, że mechanizmy napędzające życie można podglądać we wnętrzu starych lampowych radioodbiorników. To istota tego samego posłuszeństwa, które obserwujemy w organicznej komórce. Widziała to w wizualizacji na YouTube i nie zasnęła całą noc. Tratwy lipidowe nie gubią azymutu w leniwym dryfie przez ocean błony komórkowej, białko motoryczne, jak słoń na wyrębie, wykonuje czarną robotę i przerzuca swoją trąbą składniki cytoszkieletu, mitochondrium, rozparte na pięciolinii wewnątrzkomórkowych włókien, bez chwili wytchnienia utlenia związki organiczne, ligandy, w najstarszym systemie telekomunikacyjnym przenoszą wiadomości do receptorów w innych komórkach, nie zakłócając sobie sygnałów, czego myśmy się nauczyli w technice dopiero po śmierci Stalina, w rozległym systemie przełączników molekularnych, rotaksanowych, katenanowych, takich-owakich, w którym pod wpływem danego bodźca cząstka zmienia stan; pomarszczony aparat Golgiego, rada nadzorcza komórki, władczo unosi się ponad karnymi robotnikami i dystrybuuje ich urobek. Nucleus, jądro, zarząd, przestrzega wszystkich przepisów kodeksu życia, by chronić wrzecionka DNA, które, gdy nadejdzie polecenie, podzieli się, a lepkie nitki mikrotubuli tworzą w zapłodnionej komórce dwa zmierzające ku sobie cylindry, by połączyć się w szyszki nowych chromosomów z całym dziedzictwem form, ze sztuką najbardziej wyrafinowanej legislacji, z darmo przekazaną wiedzą, jak ponawiać ten proces. Ale zanim krew zostanie wpompowana do zalążków płuc i serca, które nakręci na kilkadziesiąt lat, zanim wapń wytrąci się w oś kręgosłupa, nim wyżłobią się otwory pod oczy i wypełni je ten cudowny atrament, w czternastym dniu od zapłodnienia, na chwilę przed wykształceniem smugi pierwotnej, w powstaniu której wielu filozofów widzi początek jednostkowego bytu, jakim jest człowiek, zawiązek ciała układa się w kształt trumny. Przynajmniej tak przedstawiają to w podręcznikach. Joanna wykręca zimną lampę. Tak, na wolną wolę harują miliardy niewolników. To represja, jakiej jeszcze nie poznało społeczeństwo ludzi. Ale dlaczego wykluczać, że tam, w dybach ścięgien, w ścisku protoplazmy nie dojrzewają cząstki zbuntowane, zagrażające despotii mechanizmu życia?
– Czy jest pani przekonana, że pani mąż…?
Bez obaw, to tylko zakłócenia.
Fajrant
Powieść „Fajrant” (Wydawnictwo Literackie, 2017) oddaje głos prekariuszom epoki start-upów oraz środowisku polskich emigrantów w Wielkiej Brytanii. Jej obszerne fragmenty emitowano na antenie radiowej „Trójki”. To opowieść o forsie.
Fajrant - przeczytaj fragment
No więc cały dzień z dziadkiem. Dziadek zawsze mył starannie ręce, wycierał je do sucha ręcznikiem, wyłączał radio i siadał obok mnie przy kuchennym stole. Portfel miał czarny i gruby. Rozwierał palcami jego główną przegródkę, a drugą ręką wysuwał plik banknotów. Czasem z bocznej, z czarno-białą fotografią babki z młodości, wypadała łuska ryby. Banknoty były zawsze czyste i równe, jakby wyprasowane albo sfałszowane. Rozkładał je jak talię kart, wachlarz twarzy we wklęsłodruku. Najmniej wiarygodnie wypadał ten z Kościuszką. Był brązowawy i wypłowiały, i guzik można było za niego dostać. Dlatego zwijało się go w najcieńszy rulon, a potem, stojąc w długiej kolejce w GS-ie, formowało w łódkę. Tylko w ten sposób udawało się go rozprostować. Dwadzieścia złotych, bodaj z Trauguttem, przypominało obrazek Matki Boskiej z wąsem, i gdy kiedyś otworzyłem drzwiczki barku i zobaczyłem w nim jego kopie spięte gumką recepturką, doświadczyłem pierwszej ekstazy. Powinni je obwozić w feretronie w Boże Ciało. Zamiast wizerunku Matki Boskiej prostokącik z bladozielonym Trauguttem. Gdy matka po raz pierwszy przyniosła go w ramach wypłaty ze spółdzielni, odłożyła jedną sztukę na bok, na kredensie. Wieczorem oglądali go z ojcem długo pod lampką nocną, jak znalazcy czegoś niezidentyfikowanego i podejrzanie cennego. Wujek Lolek, jeden z tych, którzy umierają, zanim skończymy pięć lat, i zapadają w pamięć jako grizzly z ludzką twarzą, przynosił banknoty czerwone, niemal przeźroczyste, z Ludwikiem Waryńskim. Cuchnęło od niego wódką, potem i klubowymi. Wciskał mi ich plik w dłoń, szczerząc zęby, a matka powtarzała bez końca przymilnie, tylko dla rytuału: „Wujku, daj spokój, naprawdę nie trzeba było”. — A ja wystawiałem je pod słońce. Brzeżki były pożółkłe i wyraźnie postrzępione. W ostrym porannym świetle widać było przez nie rozgadane twarze ojców i dziadków, ciemne i groźne, ale ich głos ginął na długie minuty obserwacji czarodziejskiego papierka, po czym wracał, zwykle słowami w stylu: „z Ruskimi lornetkami i kapciami handluje, on mo pinondze”. Upchane w worki jak liście, wystające z torebek jak nać, złożone w sejfach, albo niczyje, jak po którymś z festynów rzadkie pięćdziesiąt tysięcy ze Staszicem, frunące w sośninę za Miasteczkiem, odprowadzane epikurejskim wzrokiem psa menela leżącego nieprzytomnie na środku jezdni. Dwa miliony z Paderewskim były już galaktyczne, pomarańczowo- -fioletowawe, jak ze Star Treka. Tych krążyło najwięcej na giełdzie samochodowej. Gdy kazano te banknoty wymienić na nowe monety, czuliśmy się, jakby zabrano nam kuzynów. Nie można już ich było upychać po majtkach, ważyły więcej niż całe ubranie na ciele.
A więc zanim poszedłem do szkoły i nauczyłem się pisać, dzięki dziadkowi umiałem je liczyć. Rozpoczynałem dzień przy podarowanym przez wujów indyjskim kufrze, w którym przeliczałem odłożone banknoty. Gładziłem je i prostowałem. Wąchałem je, pachniały starą skórą. Dokładałem kolejne, wierząc, że któregoś dnia Kościuszko rozmnoży się jak paciorkowiec, bo przecież zapewniłem im takie warunki jak w banku: w środku było równie ciemno.
Podkrzywdzie
Powieść „Podkrzywdzie” (Wydawnictwo Literackie, 2015), w duchu realizmu magicznego, to prywatny mit, który stworzyłem, by zrozumieć swoje chłopskie pochodzenie i oswoić nieuchronne zmiany cywilizacyjne. Inspirowałem się polską ludowością, ale też kulturą islamu. Książka zyskała nominację m.in. do Paszportów Polityki, Nagrody Literackiej Gdynia, Śląskiego Wawrzynu Literackiego. Była w całości czytana na antenie radiowej Trójki, została przetłumaczona na rosyjski.
Podkrzywdzie - przeczytaj fragment
Był to czas, gdy mój dziadek, otrzepując się z kop chrupiącego jarmużu, zaczął coraz częściej chodzić na Podkrzywdzie. Budził się co rano rozczochrany i zły, rozmasowywał pulsujące na żylakach gruzły, wylewał na głowę czerpak lodowatej wody i rozpoczynał inną niż zwykle, bo nerwową, frenetyczną krzątaninę wokół kóz, gęsi i kopców nawilgłego pierza. Z każdym dniem wydawał się coraz niższy z tą swoją obwisłą skórą, jakby dobiegające kresu lato opuszczało go na dobre, pozostawiając to co zwykle: puste, zgorzkniałe wnętrze i czarne tunele pamięci, które próbował wypełnić czymkolwiek, grzebiąc bez ładu rękami w zwałach sieczki.
Jego oczy bielały z dnia na dzień, z początku przypominając kurze, rozkojarzone ślepia, by którejś nocy zapaść się na dobre, co wywołało u mnie przerażenie i fale wycieńczających koszmarów. Sypiałem wtenczas na zapiecku lub z babką, wtulony w jej ciepłe, pulchne uda, budząc ją co chwilę i wyprowadzając z sennej równowagi, bo co rusz wychodziłem do wyziębłego wychodka, by wyprzeć z siebie na siłę ostatnie krople mleka jeszcze przed północą — później dziadek rozpoczynał swoje lunatyczne tańce ze świecą. W owe dni te pijackie półokręgi i wolty, na które, przyzwyczajeni, patrzyliśmy zwykle z babką z przymrużeniem oka, zaczęły nabierać pędu, dziadek w rozgwieździe płomiennych łun gonił już sam siebie, kręcił się jak cyga, dwoił i troił, rozpływał w odblaskach, aż połknięty przez nie, niknął nam zupełnie z oczu.
Babka wstawała nieco później i choć szukałem dla tego wszystkiego wyjaśnień i krzty pocieszenia, błagalnie spoglądając w jej zatopione w zalewajce oczy, milczała coraz głębiej. Dziadek nie palił jeszcze w piecu, ale drewutnię wypełniały już kolubryny pni rozmaitych przekrojów, które zwoził całe lato ze Stójkowym. Ułożone w piramidę, wydawały nocami głuche jęknięcia, a dziadek jak na złość wyciągał o poranku ze środka gałęzie, aż stos zwalał się z trzaskiem w sięgające łydek kopce roziskrzonych trocin. Budziliśmy się wtedy z babką z krzykiem, a kiedy spotykaliśmy dziadka wracającego z obory na poranny kubek mleka, widzieliśmy, że w całej tej krzątaninie nie znajdował zatraconych myśli, które jeszcze nie tak dawno pozwalały mu przewodzić wielkim sprawom.
Właśnie wtedy gdy siedziałem na ganku na niskim taborecie, pochylony nad wiaderkiem, do którego strącałem kciukiem obierki kartofli, po raz pierwszy zobaczyłem w dziadku nieznaną mi postać. Przemknął w otwartych drzwiach inaczej niż zwykle — wartkim, płochliwym krokiem — wpatrzony gdzieś daleko poza sad, cały obryzgany krwią. Szedł z siekierą na ramieniu, a strugi świeżej juchy spływały mu z dłoni, między palcami, lejąc się po smagłych, kulkowatych muskułach na nogawki lub krzepnąc w fałdach podwiniętych mankietów.
Dziadek, nie oznajmiając tego ani mnie, ani babce, ani nawet Stójkowemu, postanowił — czy to przed zimą, czy przed wiecznością — wybić naraz całą rozgęganą gadzinę. Od tego dnia nasze podwórze pokryło się deltą gorzkiej krwi, która sączyła się szczelinami w drągach, korytami w rozprażonej ziemi, by wymieszać się z kuchenną szumowiną i zastygnąć pod płotem w czarne jak jagody stawy, na których brzegach rozsiadały się stada białych od słońca leniwych larw.
Ze zdumieniem spoglądałem na zachowanie babki, która wcześniej w okresach cyklicznych obłędów dziadka zwykła pokrzykiwać, rąbać pięścią w stół — w te dni jednak siedziała w sieni odwrócona tyłem, aż mrok odbierał jej prawo do istnienia. Kolejne dni przyniosły to samo, bo kur mieliśmy wtenczas trzydzieści cztery, gęsi nieco więcej, a kaczek nieco mniej. Obranie jednej gęsi zabierało nam nie mniej niż godzinę, co wiem, bo dziadek, odkąd strugałem z kartofli niemal już przeźroczyste obierki, zabierał mnie na tę srogą rzeź.
Wsunąłem się w parny wądół stodoły, złapałem za szpongę, uchyliłem z drugiej strony jej prawą wrótnię i po raz pierwszy spoglądałem z bliska, jak dziadek zapędza do rogu podwórza struchlałe gęsi, przygniata grabiami do ziemi wybraną ofiarę, łapie ją prawą ręką za nogi, a lewą za dziób, prędkim krokiem zbliża się do dębowego pnia poczerniałego od krwi, przykłada łabędzią szyję na jego skraj i nieobecnym wzrokiem każe mi złapać za trzon. Zadzierając głowę do nieba, przymknął oczy i wyczekiwał, aż zrobię, co trzeba, bo odtąd ta część roboty należeć będzie do mnie. Siekiera, ciężka od lipcowych dżdżów, wyłamywała mi ręce. Nabierając w płuca powietrze, dźwignąłem ją powyżej brody, ale nie starczyło mi już sił, by zapanować nad torem jej lotu, i upuszczona, runęła na nastroszoną szyję, z której jak z gejzeru trysnęła nam w twarze rzadka krew. Dziadek otworzył oczy, odepchnął mnie, aż potknąłem się o koryto z paszą i upadłem pod cyc beczącej kozy, a on, wydawszy z siebie kąśliwy pomruk, podniósł z zaciśniętymi zębami toporek, przysłaniając słońce, i rąbnął ile sił w ocalałe ścięgna, aż gęsi łeb sturlał się w krąg drewnianych wiórów. Korpus przeniósł za nogi, szyją do dołu, nad wysoką cembrowinę, by spłynęła posoka, i ciepnął podrygujące konwulsyjnie zwłoki do wielkiego kosza z wikliny.
Powiedziałem — godzinę. Tak, siadaliśmy naprzeciw siebie przy wysokim, najeżonym gwoździami stole i tonęliśmy myślami w strukturze gęsiego nieistnienia. Dziadek zostawiał mnie czasem samego, gdy wychodził do kuchni, by zabrać z pieca gwiżdżący imbryk i wymoczyć twarde jak strzemiona pióra. Z początku kazał mi trzymać gęś zakrzepłą grdyką w dół, a sam rozprowadzał po jej ciele wrzątek, który strużkami spływał w najskrytsze zakamarki ud, skrzydeł i zaperzonego krocza. Odstawiał puste wiadro, odbierał ode mnie sparzoną sztukę i rzucał ją na zalepiony tłuszczem blat, by znów pogrążyć się w bezczasie wyskubki. W godzinę — ale we dwóch. Bo każdy podejmował swoją upatrzoną część, każdy przyjmował sobie za punkt honoru, by szybciej niż konkurent dojrzeć pod pierzem różową, guzkowatą skórę, tak że oczy unikały mrugnięć, by nadążyć za diablą gimnastyką rąk. Ogarniał mnie sen. Rzeczywistość wykorzystywała naszą nieuwagę, by rozpaść się w płynną mozaikę, rzeczy zrywały się na wolność z uwięzi wzroku, zdrętwiałe palce mechanicznie przebierały w puchu, gdy nagle dziadek budził mnie, szelmowsko przerzucając gęsie cielsko do góry nogami.
Miedza
Zbiór opowiadań „Miedza” (Czarne, 2013) to moja debiutancka proza. Mowa w niej o polskiej prowincji lat dziewięćdziesiątych i gwałtownych zmian związanych z akcesją Polski do Unii Europejskiej. Rzecz o utracie starego świata. Książka zyskała nominację do Nagrody Literackiej Gdynia. Opowiadanie „Trawy, trawy, zimne gruszki” otrzymało ponadto nagrodę główną na Międzynarodowym Festiwalu Opowiadania we Wrocławiu.
Miedza - przeczytaj fragment
A dalej znów ta szachownica, po horyzont. Na miedzach leniły się żmije. Wydawały się oślizgłe, ale ich skóra rogowaciała jak paznokcie starców. Nie można ich było pomylić. Miały na łuskach brązowawe, wzorzyste znamię, srebrno-czarną wstęgę. Leżały zdrętwiałe z lenistwa jak stare żerdzie. Patrzyły na te chłopskie pionki na pólkach zazdrosnym, jadowitym wzrokiem, jak się pociły przy kopach siana i drapały po plecach od swędzącej sieczki. Można było je zdzielić, ale uważnie. Trzeba było podbiec, wypłacić z buta, uciekać i patrzeć kątem oka. Dostawało toto fiksa, wiło się jak w ukropie, spadało w ziemię na polu, otrzepywało się z kurzu i wracało na swoje miękkie posłanie. Tylko żmije siedzą na miedzach, ani w lewo, ani w prawo, tylko żmije tak potrafią. Mówiły babki: uważać na żmije. Leżały na miedzach, gryzły. Tylko one tam były.
Każdy dźwięk miał swoje źródło. Mógł nas próbować wyprowadzić w pole, ale szybko się łapaliśmy. To mogło być szlachtowanie jałówek, chrzęst kos o osełki, pizgi sztachet o tancbudę albo szarże przydomowych krajzeg. Leżeliśmy w kolących ostach, oganialiśmy się od much i upału, nadstawialiśmy ucha i zgadywaliśmy. Ryzyko pudła było niewielkie. Najmniej przy pociągach: było słychać tylko ruskie. Jechały po szerokich torach, które kończyły się parę wiorst dalej. Od samego Władywostoku, przez Omsk, Nowosybirsk, może Perm, a my za Chiny nie potrafiliśmy sobie tego wyobrazić. Przykładaliśmy uszy do ziemi, a ona biła, biła tym poradzieckim, tubalnym strachem. W końcu zamierał, tony zawianej rdzą kutej stali z obsraną cyrylicą hamowały dwa kilometry przed początkiem swego końca, by nie rozbić się w mak o nowe budy prozachodnich hal. W nocy drżały od nich szyby, nie mogliśmy zasnąć. Przestrzeń i siermiężny wiatr od pola obierały nas ze wszystkiego, co chcieliśmy ukryć: przeczuć, wzruszeń, tajemnic. Wszyscy wiedzieli o powitaniach i pożegnaniach.
Najgorsze były pożegnania. Żegnany odjeżdżał. Taki był sens pożegnania. Czekaliśmy zawsze, aż zniknie w rozkołysanej dali. Raczej nam się nie wydawało, rzeczywiście taka była. Czekaliśmy, aż żegnany zniknie. Taki był tego sens. Po ziemi, gnane ostrym wichrem, furkotały ciężkie od dżdżu, wyblakłe pudła. Pamiętam, te pożegnania były pojedyncze, nie żegnaliśmy więcej niż dwóch, trzech osób naraz, ale dla nas to było pożegnanie sojuszniczej armii. My zostawaliśmy w polu walki, do której się przyzwyczailiśmy i której nijak nie rozumieliśmy. Rozchodziliśmy się potem w różne strony, szukając śladów. Nożyczki same spadały z kredensów. Dziadek zakładał czarny ancug.
A potem znów wychodziliśmy rano, sąsiedzi, matki, ojcowie, bracia, dzieci, siostry. Stąd nie było nas słychać. Uwijaliśmy się przy gnojownikach i strzępiących się furach. Traktory przemieszczały się wolno, buksując w mokrej ziemi. Zbieraliśmy ziemniaki i pomidory. Wrzucaliśmy siano na wozy. Ściągaliśmy koszulki, a słońce opalało marmurowe i różowe skóry. Jesienią wszystko paliliśmy, wrzucaliśmy w żar ziemniaki. Konie orały pole. Chłopi wstawali przed świtem i łykali miskę ciepłego mleka. To były chyba jednak rzeczywiście pętle, cykle. Z tego świata nie mogło być wyjścia. Urodziny, chrzest, komunia. Wesele i budowanie. Budowali się wszyscy, zaraz po ślubie, obok ojcowizny albo gdzieś dalej. Potem rodziły się dzieci, dorastały, żeniły się i zaczynały budować. Koło ojcowizny albo gdzieś dalej. Rozwodów nie było. Wstawało się, żeby coś robić. Wstawało się, żeby coś podobijać i pociąć, pomierzyć i ponadziewać. Tylko czas teraźniejszy, rzeczowniki policzalne, bezpieczny dryf po powierzchni. Mała chęć na szarże i wyścigi, jeśli już to przy sobocie, ale w innym sensie. Wychodziliśmy z werwą, która napływa w człowieka tylko między świtem a pierwszym przygrzaniem słońca, bez marudzenia i prędko, klepiąc w parujący zad wroniego konia.